Jeśli to czytasz wiesz, że pisze o Tobie.
Niezależne zbiegi okoliczności, problemy, które były ot tak, problemy stwarzane przez nas i problemy, których wcale nie było. Brak zaufania, niecałkowite oddanie się sobie. Parszywe przypadki i sytuacje, których Ty zrozumieć nie umiałeś. Rachunek błędów, słów i myśli.
Pierwszy raz załamałam się po 4 miesiącach. Pewnie już nie pamiętasz tej rozmowy, co łzy z oczu mi wyciskała i na podłogę rzuciła w pokoju moim. Bałam się, i to uczucie już do końca mnie nie opuściło. Nie przestałam się bać. Byłam niemal pewna, że to nie koniec, bo w bajkach nawet po “dobrze i szczęśliwie” jest coś więcej.
Tak ważny dla Ciebie byl boks i Twoje własne poglądy na świat. Nigdy nie byłam w stanie przekonać cię o niczym, nie traktowałeś mnie poważnie, z racji mego wieku i… nutki ironii Twojej? Bo co ja mogę wiedzieć. Udawałam przed sobą, że to nic, bo przecież tak bywa, wszystko się zmieni… Ale nie było szans na zmianę. Dwa takie same charaktery, nieugiętość myśli, złe ultimatum dla każdej sytuacji.
Podejrzewałeś moją pasję prawda? To byl punkt zapalny, godny nieodzywania się przez długie dni. Nazwałeś to oszpecaniem, a dla mnie to piękno, artyzm. Sztuka. Nawet ubrania moje zmienić chciałeś. Dla Ciebie pozostałam tylko nastolatką w okresie buntu, której wystarczy tylko wyperswadować kilka rzeczy. Po co Ci te trampki i ta szmata zamiast plecaka? Koncerty? Mało ludzi tam zdrowie traci? Ja wiem, bo już to przeszedłem, wierz mi. No i jeszcze innego znajdziesz. To bolało najbardziej, prawda?
Miałeś racje, nigdy nie otworzyłam się przed Tobą. Ale ja przed nikim nie umiem. Dałam ci ciało i cząstkę mnie, myśli urywki i zwierzeń kilka. Jesteś jedyna osoba, której dałam aż tyle.
Nie wierzę w miłość, ale jesteś osoba która, była dla mnie ważna. Boli mnie to, że nie traktowałeś mnie poważnie. Wiem, że nie byłam zabawką, ale po trochu byłeś dyrektorem teatru do którego chciałeś mnie wynająć. Chciałeś dać pieniądze, dom i ciepło, w twoim pojęciu. Chciałeś dzieci i spokoju, bez ludzi, bez problemów, bo przecież po co oni, kiedy Ty taki wspaniały i silny, prawda? A tak naprawdę boisz się, tyle razy to mówiłam już, jesteś słaby i Ty to wiesz najlepiej.
Zawaliłam wiele spraw i wiem, że to wszystko, co się stało między nami to już tylko moja wina. Wiem. Żałuję i chciałabym to naprawić, bo czuje do Ciebie cos intensywnego, ale czuję też, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Zbyt wiele nas dzieli, płaszczyzny te przedzielone są na zawsze i nie ma szans na ich połączenie. Nie ma szans na zrozumienie się w pełni. Nie ma szans na szczęście, którego chcę w związku. Nie z Tobą, bo nawet jeśli zaakceptujesz i będziesz mi towarzyszył, będzie to wymuszone. A tak żyć nie chcę.
Mam Twoje zdjęcie, zapomniane, znalezione niedawno. Ty w górach jakiś, śnieg i słońce. Kiedyś zabrać mnie miałeś. Czy ty masz jakieś moje? Czy wspominasz mnie tak jak ja?
Wysłałam do Ciebie już trzy listy, a Ty na żaden nie odpowiedziałeś. Straciłam Twój numer telefonu już w Polsce, przypadkiem niefortunnym za którego odwrócenie życie bym oddala. Może adres zły, a może Ty już nie chcesz mnie po prostu, jak tyle razy wcześniej… Tyle razy odrzucałeś, a ja prosiłam, bądź ze mną…
Nie poproszę już, choć chciałabym, bo to przy Tobie z tych wszystkich których miałam czułam się najlepiej. Nie szanowałeś mnie, nie ufałeś, nie uważałeś za osobę równą Twojej. Nie akceptowałeś. A ja Twoją chciałam byc, przez życie z Tobą właśnie iść…W ślepej Twej zazdrości, co dzień Cię zdradzałam, a ja wierna Tobie pozostałam. Teraz tylko uśmiech lekki przy myśli o Tobie, która co dzień, jak narkotyk mnie opętała. Codziennie pocztę przeglądam z sercem drżącym, ze to dziś właśnie słowa Twoje upragnione ujrzę i w telefon wieczorami się wpatruje przekazując myśl moja- daj znak. Czekam na niego, na wiadomość jakąkolwiek, której już chyba nie będzie, prawda?