Posted in Uncategorized on marzec 17, 2008 by peczetka

Jeśli to czytasz wiesz, że pisze o Tobie.

Niezależne zbiegi okoliczności, problemy, które były ot tak, problemy stwarzane przez nas i problemy, których wcale nie było. Brak zaufania, niecałkowite oddanie się sobie. Parszywe przypadki i sytuacje, których Ty zrozumieć nie umiałeś. Rachunek błędów, słów i myśli.

Pierwszy raz załamałam się po 4 miesiącach. Pewnie już nie pamiętasz tej rozmowy, co łzy z oczu mi wyciskała i na podłogę rzuciła w pokoju moim. Bałam się, i to uczucie już do końca mnie nie opuściło. Nie przestałam się bać. Byłam niemal pewna, że to nie koniec, bo w bajkach nawet po “dobrze i szczęśliwie” jest coś więcej.

Tak ważny dla Ciebie byl boks i Twoje własne poglądy na świat. Nigdy nie byłam w stanie przekonać cię o niczym, nie traktowałeś mnie poważnie, z racji mego wieku i… nutki ironii Twojej? Bo co ja mogę wiedzieć. Udawałam przed sobą, że to nic, bo przecież tak bywa, wszystko się zmieni… Ale nie było szans na zmianę. Dwa takie same charaktery, nieugiętość myśli, złe ultimatum dla każdej sytuacji.

Podejrzewałeś moją pasję prawda? To byl punkt zapalny, godny nieodzywania się przez długie dni. Nazwałeś to oszpecaniem, a dla mnie to piękno, artyzm. Sztuka. Nawet ubrania moje zmienić chciałeś. Dla Ciebie pozostałam tylko nastolatką w okresie buntu, której wystarczy tylko wyperswadować kilka rzeczy. Po co Ci te trampki i ta szmata zamiast plecaka? Koncerty? Mało ludzi tam zdrowie traci? Ja wiem, bo już to przeszedłem, wierz mi. No i jeszcze innego znajdziesz. To bolało najbardziej, prawda?

Miałeś racje, nigdy nie otworzyłam się przed Tobą. Ale ja przed nikim nie umiem. Dałam ci ciało i cząstkę mnie, myśli urywki i zwierzeń kilka. Jesteś jedyna osoba, której dałam aż tyle.

Nie wierzę w miłość, ale jesteś osoba która, była dla mnie ważna. Boli mnie to, że nie traktowałeś mnie poważnie. Wiem, że nie byłam zabawką, ale po trochu byłeś dyrektorem teatru do którego chciałeś mnie wynająć. Chciałeś dać pieniądze, dom i ciepło, w twoim pojęciu. Chciałeś dzieci i spokoju, bez ludzi, bez problemów, bo przecież po co oni, kiedy Ty taki wspaniały i silny, prawda? A tak naprawdę boisz się, tyle razy to mówiłam już, jesteś słaby i Ty to wiesz najlepiej.

Zawaliłam wiele spraw i wiem, że to wszystko, co się stało między nami to już tylko moja wina. Wiem. Żałuję i chciałabym to naprawić, bo czuje do Ciebie cos intensywnego, ale czuję też, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Zbyt wiele nas dzieli, płaszczyzny te przedzielone są na zawsze i nie ma szans na ich połączenie. Nie ma szans na zrozumienie się w pełni. Nie ma szans na szczęście, którego chcę w związku. Nie z Tobą, bo nawet jeśli zaakceptujesz i będziesz mi towarzyszył, będzie to wymuszone. A tak żyć nie chcę.

Mam Twoje zdjęcie, zapomniane, znalezione niedawno. Ty w górach jakiś, śnieg i słońce. Kiedyś zabrać mnie miałeś. Czy ty masz jakieś moje? Czy wspominasz mnie tak jak ja?

Wysłałam do Ciebie już trzy listy, a Ty na żaden nie odpowiedziałeś. Straciłam Twój numer telefonu już w Polsce, przypadkiem niefortunnym za którego odwrócenie życie bym oddala. Może adres zły, a może Ty już nie chcesz mnie po prostu, jak tyle razy wcześniej… Tyle razy odrzucałeś, a ja prosiłam, bądź ze mną…

Nie poproszę już, choć chciałabym, bo to przy Tobie z tych wszystkich których miałam czułam się najlepiej. Nie szanowałeś mnie, nie ufałeś, nie uważałeś za osobę równą Twojej. Nie akceptowałeś. A ja Twoją chciałam byc, przez życie z Tobą właśnie iść…W ślepej Twej zazdrości, co dzień Cię zdradzałam, a ja wierna Tobie pozostałam. Teraz tylko uśmiech lekki przy myśli o Tobie, która co dzień, jak narkotyk mnie opętała. Codziennie pocztę przeglądam z sercem drżącym, ze to dziś właśnie słowa Twoje upragnione ujrzę i w telefon wieczorami się wpatruje przekazując myśl moja- daj znak. Czekam na niego, na wiadomość jakąkolwiek, której już chyba nie będzie, prawda?

Posted in Uncategorized on marzec 16, 2008 by peczetka

Byle tylko do drzwi dotrzec, o sciane chlodna sie oprzec i policzki uspokoic. pięscia zacisnieta oczy przetrzec, nie przejmujac sie makijazem zupelnie. chwiejne kroki, byle ten kawalek do pokoju, na miekkim dywanie sie ulozyc, bo z dywanu juz nigdzie nie spadniesz, stoczyc nizej sie nie mozesz. sciagnac to co nie przyklejone, z wierzchu wszystko, zeby pocic sie przestac, bo goraco przeciez, pieklo to nic przy wieczoro-porankach moich kiedy soba juz nie jestem. a moze to ja wlasnie? nie, nie jednak.

Patrzysz na mnie i tylko mysl jedna przez glowe twoja, widzę jej zalązek, jak co noc prawie, czy tej nocy tez z innym byla? I tylko sie usmiechne.

Przyszla pijana, zacpana, o dziwo na tych idiotycznych szpilkach do domu sie dowlokła. Spi na dywanie od pewnego czasu, nie wiem czemu. pospiesznie plaszcz zdjela i to co ubraniem dla niej. Zapytalem ja znowu, myslami tylko, a ona znowu tylko ten usmiech mi dala, nie dla mnie przeznaczony. Usmiech tych dziewczyn z klubow, hoteli i barów, usmiech tajemniczy, dla mysli ich moze, ktoz to powie? rzesami zatrzepotala, wzrokiem metnym mnie ogarnela, który to dzien juz? szosty dzien ciagu, jeszcze godzine jej dam, a ona zapyta, z lekiem o czas zapomniany, gdzie byla, godzina która. Bo film urwal jej sie juz o 23 a teraz 5 juz. Jutro wstanie, pod prysznic pojdzie, trzezwa zupelnie, nie przejmuj sie, juz w porzadku, powie. a zza pralki butelke wyciagnie i znowu sie zatraci. wyjdzie ledwo, z wlosami mokrymi, blada jak smierc sama. pogotowie wezwe, powiem a ona reka machnie, wzywaj samego boga nawet. Lekarz obada, ostuka, przestraszony, po studiach chyba wlasnie. A ona zapyta powoli o igle dluga, do serca samego. Doktorek zacznie lacina sypac, brak potrzeby stymulowania miesnia sercowego a ona rozbrajajaco poprosi o antystymulacje, zmywaczem do paznokci czy benzyna najlepiej, nie , nie benzyna, bo ona diesla ma, przypomni sobie. Ten wyjdzie rozpalony, przestraszony jej widokiem, wzrokiem jej nieobecnym.

Nie zostawie jej, kobiety mojej, ktora wskrzesze jutro po raz siódmy.

Posted in Uncategorized on marzec 9, 2008 by peczetka

Ona, życia królowa, walkę dziś przegrała. Nie pierwszą, nie ostatnią też.
Cierpi teraz, serce w strzępach ma. Pajęczyna pleśni na oczach, a ręce bezwolne tak.

Posted in Uncategorized on marzec 5, 2008 by peczetka

Jakieś 2 tygodnie temu, miesiąc czy rok, nie wie dokładnie, bo czas stoi przecież. Była tam, otulona samotnością, osnuta mgłą tajemnicy, skropiona pasją namiętności. Uwagę zwróciła na siebie przy samym wejściu, chwiejnie na nogach w kobiecość przybranych, stuk stuk, z futrem w panterkę. I to nic, że tandeta czy bezguście, ona z takim przekonaniem ubranie nosi, że wynik końcowy poraża. Dziesiątki facetów śliniących się za panterzą imitacją, za makijażem wyuzdanym, a ona jeszcze biodrami kręci. Usiadła. Za nic ma spojrzenia ją rozbierające, myśli co do amatorskich pornoli ją angażują.
Po kilkunastu wzrok straciła i już nie było twarzy ich. Jedna pijacka morda przed nią, i jedna wspólna łapa na jej pośladkach. Wszyscy ją możecie mieć, a przecież ona jak lalka przy was. Za nic was ma.

Kurwo Ty, powiedział jeden.
A Ona pomyślała, że to jej sumienie.

Posted in Uncategorized on marzec 4, 2008 by peczetka

Ze słów głuchych cisza złożona. Spojrzenia obojętne, bez wyrazu. Zdania niezaczęte w kącie duszy na zew serca czekają. Na słowa właściwe, te co płoną w deszczu.

Ona, nerwami zszargana. Nie, właściwie znużona, bezdźwięcznymi chwilami, słowami bez pokrycia, filmem życia swojego, brakiem smaku i zapachu. Tyle osób wokół niej, serdecznych nawet wiele. Lecz ona tylko jego pragnie. Ramiona jego szerokie tylko na własność mieć, zapomnieć o innych i tylko z nim przez życie iść. Z nim po raz kolejny uczyć się żyć.

By ja wzrokiem ogarnął, powłóczystym. By szepnął namiętnie i objął w talii. By przyciągnął, a ona chwiejnie osunęła się w jego ramiona. Jej teatr wyuzdany, ukryty za rzęs kurtyna i kredki czernią.

Oczy ukrywa, bo kto wie? Może to on właśnie w głąb zajrzy i brud ogarnie? Może to ten właśnie, co będzie chciał wygarnąć jej szlam z wnętrza, brud od lat składany, a Ona pamiętać chce. Lecz może to on… Ten który dla niej jedyny…

Może to On pocałunkiem do życia powoła.

Posted in Uncategorized on marzec 2, 2008 by peczetka

Chyba się pogubiła kolejny raz. Tak jakby wyszła do sklepu, a wróciła z dyskoteki.
Wydało jej się niestosowne to wszystko, jej oczy, jej śmiech nawet. Bo może to tym ona sobie szkodzi.
Nie wie co zrobić. Patrzy tęsknie w okno, słońce tam refleksyjne myśli rzuca, a ona zgadywać próbuje. Nie potrafi. I wybrać, pośród niech, tez nie umie. A oni jej chcą. Dotykać jej bioder sycących, wdychać puder jej, pachnący jakby polnym kwiatkiem. Bo ona taka prosta zdawałoby się. Nic w jej oczach nie widzą, oprócz błysku małego, za radość uznawanego. A to śmierć jej.
Pocałuje Cię tylko, a Ty w ogień wpadniesz. Jej gra nieuczciwa, bo zawsze wygrywa.

Posted in Uncategorized on luty 28, 2008 by peczetka

Ziścił się jej sen zakazany.

Te noce niespokojne, z przymrużeniem oczu czernią zakreślonych, by uwagę odwróci od brudu, od śmierci jej. Bo ona sama chce być, choć wokoło ludzi tyle, mężczyzn rozpalonych jej kobiecością. A przecież ona wcale nie chce ich, nie rozumie dlaczego oni przy niej są. Ona jak lalka wyuzdana w teatrze żaru serc spragnionych.

Bo ona ciałem emocje wyraża. Makijaż nastrój określa, ubraniem słowo daje. Może to Ty dziś wpadniesz w płomienie jej ramion, bioder kobiecych. Może to ciebie porwie do tańca kochanków lubieżnych, bo to gra jej. Zawsze wygrywa, nieuczciwe, bo któż oparłby się jej ruchom, słowom i spojrzeniom?

Ona. Puder jej pachnący jeszcze o bladym przedświcie, na poduszkach bezwładnie rozrzuconych. Zmęczona sobą.
Wyjdź już, proszę. Przedstawienie skończone. Jałowy czas ją zabiera, a ty mnie nużysz, jeszcze to spojrzenie twoje, pełne miłości do niej, a ona miłości nie zna przecież.
Więc po co? Po co ją trapisz?

Cherry lip-gloss

Posted in Uncategorized on luty 26, 2008 by peczetka

Dla Mileny H.

Posted in Uncategorized on luty 26, 2008 by peczetka

Dla Mileny H, za to, że była i jest, seansem również dla mnie.

Więc wyszedł już, czekam tylko na zgrzyt klucza i opór klamki, kiedy sprawdza czy aby na pewno zamknięte. Jeszcze tylko odpalenie silnika, chwila bezdechu mego i szybkim ruchem kołdrę odrzucam.

I z sercem drżącym, na palcach jeszcze, choć zagrożenia brak, do kuchni idę. Kieliszek, gdzie jest jakiś kieliszek, szklanka jakaś. Jest, pękata i błyszcząca przyjaźnie –ona.

I teraz do pokoju, drzwiczki otworzyć. Ten ich skrzyp kocham, bo obiecuje mi, ze to tu właśnie, moje kochanie. I jest, otwarte już. Napełnić szklankę jednym ruchem nadgarstka i odstawić. Zamknąć drzwiczki. Odejść, usiąść. Stuk stuk o stół, za twoje zdrowie, pijmy więc. Staranny łyk, odmierzony. Jeśli nie wyrzygam, jeśli przejdzie, będzie dobrze. I jest dobrze, wiec chyba zaraz się obudzę, tylko gdzie?

Jeszcze łyk, jeszcze kilka i znów jestem. Sobą jestem, bo wiem że to ja ,a nie że chaos wokół mnie. Bo chaos jest zawsze na początku, ale nie on jest najgorszy, tylko to co potem, kiedy jasność się zlewa z ciemnością a moje ciało z umysłem się łączy. I to jest ból najprawdziwszy mój.

Kończę szklankę i wszystko już w porządku, już wykrzesać mogę z siebie słowo i widzieć wyraźniej mogę. Nawet jeśli wróci, będzie dobrze, bo mam już siebie.

Przypominam sobie już wczoraj. Wczoraj, słowa jego i wzrok ten psi. Wkurwia mnie jego wzrok.

Piłam zanim mnie poznałeś, piłam kiedy mnie poznałeś i kiedy wychodziłam za ciebie i pić będę, bo sobą jestem a zarazem żoną zakapiora, wiec jakieś prawo mam. I zeszłam na dół, Ty oglądasz telewizor, szklane pudło, jakieś glosy przytłumione, a ja cichutko do drzwiczek moich. Nim cię dotknę, nim słowo jakieś wyduszę miłe, muszę. Muszę do drzwiczek. Otwieram, jest wszystko, moje. Ale kieliszek, gdzie jest kurwa kieliszek, przecież do kuchni nie dojdę teraz. Słuchaj, jest problem, nie ma się z czego napić, a Ty wzrok odwracasz i to chyba już źle.

Więc bez kieliszka, ona się napije z gwinta, prawdziwa żona prawdziwego bandyty.

Oglądasz dalej to pudło, niech cię szlag. Telefon, gdzie on… mam, numer do ciebie i dzwonię. Dzwonek Twój, wybitnie denerwujący a Ty nic, jak mumia na kanapie. Chwieję się w rytm sygnałów, chyba po 10 tracę równowagę i lecę w tył, w ciemność się zatracam, ale na niedługo, bo przecież już siebie mam. Wychodzę z domu, Ty za mną, pamiętam jeszcze jak zawlokłeś mnie do domu, a ja darłam się na całą ulicę, żebyś mnie zostawił. Co krzyczałam? Chyba jeb swoją matkę, bo na tym etapie flaszki zwykle to właśnie mówię.

Żałujesz teraz, że to mnie wybrałeś?

I szklanka się kończy, tak, wczoraj było paskudne, więc jeszcze jedna szklanka, co by ból uleczyć. Która godzina? Nieważne, przecież to dziś zmieni się dla mnie czas, wiec jeszcze raz, stuk, stuk, pijmy przyjaciółko.

Hello world!

Posted in Uncategorized on luty 26, 2008 by peczetka

Welcome to WordPress.com. This is your first post. Edit or delete it and start blogging!